Od kilku lat obraliśmy jeden słuszny sposób podróżowania (zaczęło się to od naszej podróży poślubnej). Wiedzieliśmy jedynie od jakiego miejsca chcemy zacząć podróż. Zostawaliśmy tam kilka dni i przez Internet rezerwowaliśmy z dnia na dzień noclegi w innym mieście, innym kraju. I tak gnaliśmy - dziś Praga, jutro Wiedeń, później Wenecja, kiedy indziej Budapeszt, a popołudnie już na chorwackiej wyspie. Zmienialiśmy otoczenie, klimat, smaki, języki, chłonęliśmy różnicę wszystkimi zmysłami. Ciągłe zmiany nas napędzały... Teraz mamy jednak jeszcze dodatkowego towarzysza podróży i ciągłe zmiany zdecydowanie nie są tym co będzie go napędzać.
Aby zachować choć namiastkę tułaczki chcemy tym roku odwiedzić chociaż dwa różne miejsca - padło na Berlin i Tyrol. Spontaniczność póki co również została odsunięta na dalszy plan. W obu lokalizacjach noclegi już dawno zarezerwowane, trasa dojazdu ściśle określona, potencjalne noclegi po drodze przewidziane, sposoby poruszania się z wózkiem przemyślane, dowód tymczasowy dla 3 miesięcznego Smyka wyrobiony, ekwipunek niezbędnych akcesoriów w wersji na wynos w trakcie komplementowania. Jednym słowem jesteśmy kryci.
A więc jak to było? A tak...nie dać się zwariować! O cholera, już za późno.




